RPA. Tam, gdzie turkawka woła: “Drink laaager!”

Mój artykuł w Magazynie Świątecznym Gazety Wyborczej

Fot. Christof Schoeman/Rex Features/east news

Skojarzenia z RPA? Napady zbrojne, gwałty, AIDS, apartheid… Albo bezpieczne zaszycie się w buszu i oszałamiająca przyroda.
Osiem lat temu na równinach Free State i Northern Cape, w okolicach Kimberley, prowadziłam badania do pracy magisterskiej. Niedawno wróciłam do RPA z brytyjskimi studentami z University of Reading. Tym razem na północny kraniec Gór Smoczych, czyli Drakensberg.


Powitała nas Tara Pirie, doktorantka University of Reading. Angielka, mieszka w RPA od piętnastu lat; jest jedną z najlepiej wykwalifikowanych przewodniczek w kraju – co nie jest łatwe, gdy się jest kobietą, cudzoziemką, pracującą wśród maczystowskich Afrykanerów. Kwatera Tary – a przez dwa tygodnie i nasza – to obozowisko w buszu. Jedziemy tam samochodami terenowymi przez szczątkowe drogi górskiego rezerwatu Thaba Tholo, czyli Góry Kudu – czterdzieści minut od głównej bramy.

Po drugiej stronie rezerwatu, godzinę drogi od naszego obozowiska, w którym zwykle mieszkają wolontariusze i naukowcy, jest też Black Leopard Camp, luksusowe obozowisko dla turystów. Mają tam namioty “rodzinne”, z pełnym umeblowaniem, łazienkami i gorącą wodą. U nas warunki polowe – w namiotach ledwo mieszczą się rozkładane prycze i brezentowa szafeczka. Toaleta z widokiem – ma tylko trzy ściany, czwarta otwarta jest na busz. Tara ostrzega, żeby wchodząc, sprawdzać, czy w środku nie ma węży. Ciepły prysznic? Będzie, jeśli rozpalimy ogień i zagrzejemy wodę. Czasem podgląda nas ciekawska antylopa niala. Prądu z baterii słonecznych starcza tylko na kilka wieczornych godzin. To zresztą norma – na brak prądu cierpi cała RPA. Zamiast kuchni palenisko otoczone glinianymi ławami. Gotujemy potrawy jednogarnkowe na ogniu. Internetu brak, z zasięgiem też kiepsko, trzeba iść w góry. W razie wypadku musielibyśmy połączyć się przez radionadajnik z którymś z domów spoza rezerwatu, żeby zadzwonili po pogotowie. Wieczorami chodzimy tylko po ścieżce wysypanej dla bezpieczeństwa jasnym żwirem – łatwiej na tym tle zauważyć odcinającego się ciemno węża. W RPA właśnie przedwiośnie, w nocy temperatura spada do pięciu stopni – niby za zimno na węże i bezkręgowce, ale gdy tylko się ociepla, wychodzą. Raz, gdy siedziałam ze studentami wokół paleniska, jedna z dziewczyn zbladła i wyjąkała: “Nie ruszaj się, tu jest wąż!”. Faktycznie, między moimi stopami pełzał sobie półmetrowy Crotaphopeltis hotamboeia, po afrykanersku Rooilipslang, czyli wąż czerwonousty. Na szczęście niegroźny – ale w obozowisku mieszkają też czarne mamby i kobry plujące.

Uczymy się rozpoznawać dźwięki buszu. Szczekanie. Pies? Nie, kudu. Jeśli brzmi, jakby udawał je człowiek (ba-hu), to pawian. Małpiatka galago wrzeszczy jak zarzynane niemowlę. Ryk lamparta kojarzy się z piłowaniem drewna. Turkawka według Afrykanerów woła: “Work haaarder!” (“Pracuj cięęężej”) – w tygodniu, i “Drink laaager!” (“Pij piiiwo”) – w weekend.

Naszej ostatniej nocy obozowisko odwiedził lampart. Tara na ogół słyszy lamparty z oddali, jednak teraz rozlegały się wrzaski oszalałych ze strachu pawianów – niezawodny znak, że drapieżnik jest w pobliżu. A ja, jak na prawdziwego śpiocha przystało, nawet się nie obudziłam.

W obozie mieszka piesek Tary, terier przybłęda o imieniu, nomen omen, Tucker (ang. wałówka). Psy stanowią łakomy kąsek dla lampartów, w krajach takich jak Indie są nawet częścią ich pożywienia. Kiedyś koleżanka Tary Becky nocowała w obozowisku sama, tylko z Tuckerem. Nagle usłyszała, że zbliża się lampart. Przerażony piesek poczuł, że to ogromne zwierzę przyszło po niego, i wskoczył Becky na głowę! Tymczasem lampart krążył wokół namiotu, zbliżył się do wejścia i zaczął przy nim majstrować. Becky pomyślała desperacko: “Jeśli wlezie do środka, rzucę w niego psem!”. Na szczęście lamparta spłoszył dźwięk rozrywanych rzepów przy wejściu do namiotu, poszedł sobie.

A co zrobić, jeśli się spotka drapieżnika? Spytaliśmy o to Alana Watsona, barczystego i jowialnego Afrykanera, właściciela rezerwatu Thaba Tholo. Alan mówi do – równie barczystego i jowialnego – kolegi: “Luan, pokaż studentom, jak się zachować w sytuacji sam na sam z lampartem!”. Luan wstaje i objaśnia: “Wyobraźcie sobie, że przede mną jest lampart. Nie można się po prostu cofnąć, tylko najpierw krok w bok, a dopiero potem w tył. Później znowu w bok i w tył”. Alan wybucha śmiechem: “Wiecie, to wam dużo nie pomoże, ale przynajmniej nie wdepniecie we własne gówno!”. Luan przeprasza: “To nasze afrykanerskie poczucie humoru”.

Odkładając żarty na bok, gdy spotka się drapieżne zwierzę, nie wolno uciekać. Tara i Alan powtarzają wielokrotnie – w buszu, jeśli uciekasz, jesteś jedzeniem. Trzeba wydać się dużym i niebezpiecznym, krzyknąć, sięgnąć po kij, tupnąć nogą, postraszyć. Tego drapieżnik ze strony ofiary się nie spodziewa – i nie opłaca mu się atakować agresywnego stworzenia. O tych radach zapomniały moje dwie studentki, które natknęły się nocą na hienę. Uciekły z piskiem, ale na szczęście hiena miała lepsze rzeczy do roboty niż gonienie angielskich dziewczyn.

Po Thaba Tholo można chodzić piechotą – oprócz lampartów, które nie tak łatwo spotkać, nie ma tu zwierząt z wielkiej piątki Afryki (Big Five). Wielka piątka to pięć gatunków, które najtrudniej upolować “z podchodu”, czyli pieszo – termin ten wprowadzili myśliwi z czasów kolonialnych polujący na grubego zwierza. Gatunki wybrano nie na podstawie rozmiaru, ale według tego, ilu myśliwych zginęło, polując na nie. Oprócz lamparta do wielkiej piątki należą lew, bawół afrykański, słoń i nosorożec (najpierw zaliczał się do niej tylko nosorożec czarny, obecnie również i biały). O mały włos do tej listy zostałby dodany również buszbok – niewielka, niespełna metrowej wysokości antylopa. Postrzelony buszbok udaje martwego, a kiedy myśliwy nachyli się nad nim, przebija go rogami.

W parkach narodowych z wielką piątką, takich jak sławny Kruger, można wysiadać z samochodów tylko w wyznaczonych miejscach – w zamkniętych obozowiskach i w niektórych punktach widokowych. Gdy wysiedliśmy w punkcie widokowym, jeden ze studentów nie domknął okna w samochodzie. Wystarczyła sekunda, aby do samochodu wskoczyła małpka – koczkodan tumbili – i złapała torbę czekoladek. Potem siedziała pod krzakiem, zjadając łup z triumfalną miną. Głupio wyszło – nie chcieliśmy ani śmiecić (papierek po małpie został w niedostępnych dla nas krzakach), ani karmić zwierząt (tyle czekolady raczej nie mogło jej wyjść na dobre), ale atak nastąpił zbyt szybko.

Rozmawiałam z Chenay Simms, pracującą w sekcji naukowej Kruger – mieszka w środku parku, na obrzeżu jednego ze strzeżonych obozowisk. Spytałam ją o wielkie koty. Chenay tropy lamparta widzi co tydzień, jeśli jest sucho – w sezonie deszczowym może raz na miesiąc. A lwy? “Nie, do mnie nie przychodzą, bywają na tamtej ulicy – pokazuje ręką Chenay. – Za to hiena pojawia się co wieczór”. Czy duże drapieżniki stwarzają problemy? “Eee, nie. Kłopotliwe są słonie i pawiany. Nie można zostawić niczego na wierzchu, jedzenie znika natychmiast”. W Cape Town pawiany włamują się do samochodów. W dodatku opanowały nową strategię w okradaniu piknikowiczów – zamiast łapać żywność, atakują najmniejszego członka stada, czyli dziecko. Rodzina rzuca się na pomoc, zostawiając jedzenie, więc małpy uciekają z kanapkami. W obozach w Kruger są ostrzeżenia, żeby nie zostawiać jedzenia na widoku w chatkach – małpy niszczą moskitiery, żeby się do niego dostać.

Zwierzęta poznają zapach, dźwięk głosu, motoru, kształt samochodu, wygląd człowieka. Jeden z przewodników z obozu Tary, bezmyślny głupek, zachowywał się skandalicznie. Podjeżdżał wprost do zwierząt, nie dawał im spokoju, płoszył je. Zwierzęta nienawidziły jego samochodu. Kiedyś, gdy Tara musiała pożyczyć od niego pojazd, o mało nie została zabita przez samicę nosorożca. Zwierzę ruszyło w stronę wrogiego samochodu – a była to bezdrzwiowa terenówka – i stanęło tuż przy Tarze. Pomyślała: “No tak, to moja ostatnia godzina, jeden ruch głowy i przebije mnie na wylot rogiem”. Ale nosorożec obejrzał ją dokładnie, posłuchał jej głosu, wyczuł zapach, uspokoił się i odszedł. Poznał Tarę.

Ze zwierzętami można się dogadać. W zielonej dżungli bywa bezpieczniej niż w miejskiej. A busz da się oswoić – wystarczy go poznać i zrozumieć.

*Joanna Bagniewska – zoolożka, wykłada na University of Reading w Wielkiej Brytanii.