Gdańska zoolożka po Oksfordzie: “Z naukowców można się śmiać”

Artykuł Doroty Karaś w trójmiejskiej Gazecie Wyborczej

Joanna Bagniewska z puchaczem podczas kursu sokolnictwa w Stratford-upon-Avon

Joanna Bagniewska z puchaczem podczas kursu sokolnictwa w Stratford-upon-Avon (Fot. Archiwum prywatne)

W Polsce komedia naukowa dopiero raczkuje. W Wielkiej Brytanii naukowiec dostaje mikrofon i około dziesięciu minut na to, żeby rozśmieszyć publiczność. Mam o tyle łatwo, że badania zoologa w dużej mierze obracają się wokół seksu i kup.
Urodziła się w Gdańsku, dzieciństwo spędziła podróżując po świecie. Studiowała w trzech krajach, skończyła Oksford. Badała kangury i wombaty w Australii, lisy i szakale w Afryce, tresowała pszczoły w Anglii. Wyniki swoich prac prezentuje na scenie – w komediach naukowych. Polska zoolożka robi międzynarodową karierę naukową.
Dorota Karaś: Czy w Wielkiej Brytanii i w Polsce tak samo traktuje się kobiety naukowców?

Dr Joanna Bagniewska*: – Problem nie dotyczy środowiska naukowego, ale starszego pokolenie Polaków. Podczas konferencji czy oficjalnych spotkań wciąż normą są odzywki typu “całuję rączki” czy “jak pięknie się pani uśmiecha”. Rozumiem, że polscy mężczyźni chcą być dżentelmenami, ale granica między zachowaniem szarmanckim a seksistowskim jest cienka.

Widać też różnice w debatach politycznych – to co, w Wielkiej Brytanii uznane byłoby za zachowanie dyskryminujące lub rasistowskie lub dyskryminujące, w Polsce jest jeszcze na porządku dziennym.

Spotkała się pani z seksistowskim zachowaniem w Polsce?

– Podczas spotkania w Senacie jeden z polityków zapytał mnie, czy nie poznaliśmy się przypadkiem na regatach w Londynie. Gdy potwierdziłam, inny senator wtrącił: “Pewnie była tam pani cheerlederką”? Budujące jest to, że moich polskich kolegów, którzy mi towarzyszyli, bardzo takie zachowanie oburzyło. Żeby było jasne – nie podoba mi się też gdy kobiety wyrażają się z lekceważeniem o mężczyznach ze względu na ich płeć. Zależy mi na wzajemnym szacunku.

W Polsce budujemy ten szacunek walcząc o żeńskie końcówki. Woli pani być zoologiem czy zoolożką?

– Nie obrażam się, gdy mnie ktoś tak tytułuje i nie mam nic przeciwko żeńskim końcówkom, ale “zoolożka” to brzydkie słowo. Wydaje mi się też, że to mało istotna kwestia. Dobrze byłoby skierować energię, którą poświęcamy na bój o końcówki, w bardziej pożytecznym kierunku.

Dużo mówi się o Polakach wyjeżdżających do pracy do Anglii. Dużo studentów z Polski uczy się dziś w Wielkiej Brytanii?

– Największy boom był cztery – pięć lat temu. Brytyjski Home Office podawał, że na angielskich uczelniach uczyło się wtedy 15 tysięcy polskich studentów. Ta liczba zmniejszyła się, gdy nowy rząd wprowadził podwyżkę czesnego. Rok nauki kosztuje teraz w Anglii około 9 tysięcy funtów, do tego dochodzą koszty utrzymania. Wielu młodych ludzi wybiera raczej uczelnie w Niemczech czy Szwecji, gdzie cudzoziemcy mogą studiować za darmo.

Z drugiej strony takie uczelnie jak Oksford czy Cambridge i kilka innych, które oferują kształcenie na najwyższym światowym poziomie, wciąż są popularne. Przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej na Oksfordzie studiowało rocznie około dwudziestu studentów. Po akcesji ich liczba wzrosła do 250, plus około 40 pracowników naukowych.

Ci młodzi, wykształceni chcą wracać do Polski?

– Przeprowadzaliśmy ostatnio, jako Federacja Polskich Stowarzyszeń Studenckich w UK, ankietę na ten temat. Okazało się, że większość studentów z Polski rozważa powrót do kraju, ale nie w najbliższym czasie. Chcą najpierw nabrać doświadczenia, odłożyć pieniądze.

Urodziła się pani w Gdańsku, ale dzieciństwo spędziła w wielu krajach.

– Tata jest inżynierem budowy okrętów, więc z mamą i młodszym bratem często przeprowadzaliśmy się za granicę. Kiedy miałam sześć lat, wyjechaliśmy do Włoch. Przez rok mieszkaliśmy w Tajlandii, przez trzy lata – w Chinach.

Trudno się było przyzwyczaić do nowych szkół, obcego języka?

– Najłatwiej było we Włoszech, bo nie chodziliśmy jeszcze z bratem do szkoły. Jeśli chcieliśmy, poznawaliśmy nowych kolegów, jeśli nie – bawiliśmy się sami. Pamiętam, że było bardzo zimno, we Włoszech była akurat zima stulecia.

W Tajlandii uczyliśmy się w międzynarodowej szkole pod patronatem ONZ. Gdyby nie to, że firma mojego taty pokryła koszty naszej nauki, nie byłoby nas nią stać. Chodziły tam dzieci maharadżów i dyplomatów. Wszyscy nosiliśmy jednak mundurki, bawiliśmy się wspólnie i nie pamiętam, żeby ktoś się wywyższał. Dopiero kiedy koleżanki zapraszały mnie do domu na urodziny, oczy otwierały mi się ze zdumienia. W jednej z rezydencji kuchnia miała wielkość naszego całego mieszkania a po domu kręciły się dziesiątki służących.

Okazało się jednak, że jako Polka też mogę coś mieszkańcom Tajlandii zaoferować.

Co to było?

– Moje koleżanki bardzo lubiły grać w gumę. W Tajlandii nie można jej było kupić. Dziewczynki żmudnie zbierały gumki recepturki i z nich splatały gumę do skakania. Gdy po powrocie z wakacji w Polsce przywiozłam kolorowe gumy, to wszystkie dzieci uznały, że pochodzę z najcudowniejszego kraju na świecie.

Z Tajlandii przeprowadziliście się do Chin?

– Największy szok w Chinach przeżyliśmy na targowisku.

Dlaczego?

– Ze względu na sposób traktowania zwierząt. Chodzenie na rynek było absolutnym masochizmem, po czymś takim człowiekowi śniły się koszmary. Można tam było kupić ropuchy żywcem obdarte ze skóry, kury powiązane w pęczki za nogi, ptaki upchane w klatkach tak, że nie mogły się ruszać i psy poranione od krat. Żal nam było okropnie tych zwierząt, ale nic nie mogliśmy zrobić. Staraliśmy się unikać takich miejsc.

Po tych podróżach wróciła pani do Trójmiasta?

– Maturę zdałam w III LO w Gdyni. Stwierdziłam że na studia wyjadę znów za granicę, bo spodobała mi się atmosfera szkół międzynarodowych. Wybrałam biologię na Jacobs University w Bremie – nowej, mało znanej szkoły, w której uczyli się studenci z ponad stu krajów. Uczelnia była świetna, na praktyki letnie pojechałam do Australii. Sprawdzałam, w jaki sposób budowa dróg wpływa na populację wombatów i kangurów.

Wtedy zdecydowała się pani na zoologię?

– Podczas zajęć na uniwersytecie biologię mieliśmy raczej w skali mikro. Dużo siedzieliśmy w laboratoriach. Okazało się, że gdy organizm jest bardzo malutki, to tracę nim zainteresowanie. Wolę widzieć cały system. Bardzo cieszę się, że istnieją mikrobiolodzy i biotechnolodzy, bo to oznacza, że ja nie muszę się tymi dziedzinami zajmować.

Z Niemiec pojechałam w ramach wymiany do USA, na Rice University. Dużo godzin spędziłam w ogrodzie zoologicznym, zajęcia z herpetologii odbywały się w gadziarni.

W końcu trafiła pani na Oksford.

– Chciałam pracować nad doktoratem w Stanach. Składałam papiery na uczelnie kalifornijskie, ale nie wzięłam pod uwagę, że tam stypendia otrzymują tylko Amerykanie albo rezydenci Kalifornii. Uniwersytet w Berkeley odpisał, że chętnie mnie przyjmą, ale muszą mieć 145 tysięcy dolarów na studia. Wtedy zaczęłam myśleć znów o Europie. Dostałam się na Oksford, przyznali mi stypendium. Podczas studiów magisterskich wyjechałam do RPA badać populację szakali i lisów. Doktorat zrobiłam z amerykańskiej norki – inwazyjnego gatunku, który sieje spustoszenie w europejskim ekosystemie.

Popularyzuje pani zoologię w niekonwencjonalny sposób.

– Czasem obieram kontrowersyjny temat. Ostatnio brałam udział Soapbox Science – to wydarzenie, którego nazwa pochodzi od Speakers’ Corner, miejsca w Hyde Parku, gdzie każdy mógł publicznie głosić swoje poglądy. Mówcy stawali zazwyczaj na drewnianych skrzynkach na mydle. Podczas swojego wystąpienia w Muzeum Przyrodniczym w Londynie nawiązałam do sprawy lwa Cecila zabitego przez amerykańskiego dentystę. Rozmawiałam z publicznością o skomplikowanych relacjach myślistwa i ochrony gatunków. Anglicy z jednej strony kochają zwierzęta, z drugiej – słyną z polowań. Bałam się, że tłum może mnie zjeść żywcem. Ale okazało się, że ludzie słuchali z zainteresowaniem, chętnie zadawali pytania, jeśli się nie zgadzali, wyrażali swoje zdanie w sposób uprzejmy i spokojny. Byłam pod ogromnym wrażeniem ich opanowania, głodu wiedzy i kultury wypowiedzi. Zastanawiam się, czy gdyby na tapecie pojawił się temat polityczny, to dyskusja byłaby równie bezbolesna.

A czy z naukowców można się śmiać?

– Oczywiście! Komedia naukowa, czyli występy w konwencji stand-up comedy, są coraz popularniejsze w Stanach i Wielkiej Brytanii. W Polsce dopiero raczkują. Podczas imprez takich jak Bright Club czy Science ShowOff na scenę wchodzą naukowcy, którzy dostają mikrofon i około dziesięciu minut na to, żeby rozśmieszyć publiczność faktami i anegdotami ze swojej dziedziny naukowej. Mam o tyle łatwo, że badania zoologa w dużej mierze obracają się wokół seksu i kup, czyli tematyki, która dobrze sprawdza się w komedii. Ale występują też ze mną fizycy, chemicy i informatycy – i też dają radę.

Jest też Science Slam – przedstawienia teatralne, w czasie których naukowcy pokazują swoje badania w jak najbardziej widowiskowy sposób. Organizowaliśmy takie wydarzenie w Reading, przy współpracy z lokalnym teatrem. Współpracowaliśmy z reżyserem, zapewniono nam profesjonalnych dźwiękowców i ekipę filmową. Ja zdecydowałam się na przedstawienie w konwencji film noir, w którym opowiedziałam o moich badaniach nad norką amerykańską. Impreza przyciągnęła tłumy, sala teatralna była wypełniona po brzegi – tak duże zainteresowanie nauką jest bardzo budujące.

Podobno po studiach zajmowała się pani tresowaniem pszczół?

– Zaraz po doktoracie dostałam pracę w małej firmie, która zajmowała się wykorzystywaniem zmysłu węchu u pszczół do wykrywania materiałów wybuchowych i narkotyków. Zasada jest taka sama, jak przy odruchu Pawłowa – pszczoła dostawała cukier, na który reagowała wystawieniem języka. Gdy przed podaniem cukru podsuwaliśmy jej zapach materiału wybuchowego, to szybko kojarzyła, że po wywęszeniu takiej substancji czeka ją nagroda. I wystawiała język. Tresura zajmuje tylko sześć sekund.

No dobrze, ale jak zaobserwować, że pszczoła wystawia język?

– Nasze pszczoły były unieruchomione w małych pudełeczkach. Umieszczaliśmy w nich też promienie podczerwone, które przerywały się w momencie wysunięcia języka. Ten system można wykorzystywać tylko na cargo, bo na terminalach pasażerskich pszczoły mogłyby mylić się, czując zapach perfum.

Pszczoły na tym nie cierpiały?

– Pudełeczko przypominało plaster miodu. Poza tym nasze pszczoły pracowały na rzecz obrony narodowej tylko przez dwa dni, potem dostawały kropeczkę na plecach i szły na emeryturę, czyli wracały do ula.

Dlaczego w takim razie na lotniskach nie mamy jeszcze uli?

– Chcielibyśmy mieć, ale firmie zabrakło pieniędzy. Mieliśmy obiecujące wyniki, umówiliśmy się na fazy testowe na lotnisku Heathrow, nie udało nam się jednak dokończyć projektu.

Pani mąż jest Australijczykiem. Dlaczego wesele wyprawiliście w Gdyni?

– Do Australii nikt z naszych przyjaciół raczej by nie dotarł. Wielka Brytania nie wchodziła w rachubę, bo tutejsze wesela nie mogą się równać z polskimi. W Anglii zabawa kończy się o północy i obowiązuje zasada, że goście sami płacą za alkohol. No i ceny lokali są z kosmosu. Zorganizowaliśmy więc imprezę w Gdyni. Przyjechało ponad sto osób z osiemnastu krajów. Znajomi mówią – chyba szczerze – że to najlepsze wesele, na jakim byli. Zakończyło się kąpielą nad ranem w morzu.

Coś zaskoczyło waszych gości w Polsce?

– Wielu osobom Polska kojarzyła się chyba jeszcze z szarym, komunistycznym krajem. Byli zaskoczeni, że jest u nas ciepło, mamy morze i plaże. Zachwycali się restauracjami, chwalili kawę, lody – takie drobne rzeczy, na które na co dzień nie zwracamy uwagi. Jednemu z moich kolegów z Anglii tak się w Polsce spodobało, że zapytał czy może przyjechać do nas na święta Bożego Narodzenia. Spędził je z naszą rodziną.

Zamierza pani wrócić do Polski?

– Jestem w kraju tak często, że nie wiem, czy miało by to sens. Pracuję na uniwersytecie w Reading, ale współpracuję z wieloma polskimi instytucjami, między innymi Centrum Nauki Kopernik. Przyjeżdżam tu regularnie na konferencje, warsztaty.

Jak student, który studiuje w Londynie, ale mieszka w Gdańsku.

– Prawie tak samo, tylko na odwrót: na stałe mieszkam w Anglii, w Polsce jestem w prawie każdy weekend. Korzystam z dobrodziejstw takiego układu. W Reading mam stałą pensję, Polskę traktuję jakie miejsce ciekawych szans i projektów.

* Dr Joanna Bagniewska: zoolog, zajmuje się ekologią behawioralną, czyli zachowaniami zwierząt w ich naturalnym środowisku. Obroniła doktorat na Uniwersytecie Oksfordzkim. Pracuje na Uniwersytecie w Reading, gdzie zajmuje się biotelemetrią, czyli wykorzystaniem elektroniki do badania zachowania zwierząt. Jest organizatorką corocznych konferencji “Science: Polish Perspectives”, w których udział biorą polscy naukowcy pracujący na co dzień na uczelniach na całym świecie. Najbliższe takie spotkanie odbędzie się na Uniwersytecie Cambridge w ostatnich dniach października.

Advertisements